niedziela, 29 listopada 2015

169 centymetrów kina niezależnego.


        Xavier Dolan-Tadros, szczerzej znany jak po prostu Xavier Dolan, pochodzący z Quebecu (wbrew temu co sądzi większość zachwyconych jego urodą fanek nie jest francuzem, tylko kanadyjczykiem, więc jego kino to nie kino francuskie, do your research) reżyser, aktor, scenarzysta, który już swoim pierwszym filmem trwale zapisał się w historii kina niezależnego i zdefiniował siebie jako cudowne dziecko kina.


        Zabiłem moją matkę (J'ai tué ma mère) to pierwszy film tego, dziś 26 letniego, reżysera. Scenariusz do tego właśnie filmu napisał już mając 16 lat (wplatając w niego odrobinę własnej historii, dlatego właśnie często określa się ten dramat słowem "biograficzny"), jednak projekt ten musiał czekać jeszcze 3 lata, zanim w końcu wszedł w życie. Xavier mając 19 rozpoczął pracę nad swoim pierwszym filmem. Szczerze to podziwiam go za odwagę. Nie miał budżetu, doświadczenia, ani nawet dobrego sprzętu, a mimo to postanowił stworzyć film, który okazał się na tyle dobry, że zasłużył na 8 minutowe owacje na festiwalu w Cannes.
        Większość obsady stanowią znajomi Xaviera, co dość ułatwiło mu sprawę, ponieważ doskonale znali oni sytuację finansową młodego reżysera i nie oczekiwali wysokiej stawki. Może własnie to jest kluczem jego sukcesu. Aktorzy grali w tym filmie ponieważ wierzyli, że warto, a nie dla pieniędzy. Ciekawy jest sposób, w jaki Dolan zaangażował do swojego filmu Françoisa Arnauda. Chłopak zadzwonił do niego i zaproponował mu udział w swoim filmie, jednak ten odmówił sądząc, że Xavier po prostu z niego żartuje. Jednak kiedy przeczytał scenariusz zmienił swoją decyzję.
        Mimo, że nie musiał wypłacać swoim aktorom dużego wynagrodzenia, a sam wystąpił w głównej roli i tak nie wystarczyło mu własnych pieniędzy. Musiał poprosić o dofinansowanie i na szczęście mu je przyznano.
        Jeśli chodzi o tematykę filmu, to dotyczy ona przede wszystkim trudnej relacji między głównym bohaterem, czyli Hubertem, a jego matką - Chantale. Dla mnie jest to film o dojrzewaniu, niezrozumieniu, braku akceptacji oraz bliskości,a także frustracji. Film porusza również wątek homoseksualizmu, co do niedawna było dla Dolana dość charakterystyczne. Młody reżyser nigdy nie krył swojego homoseksualizmu, a wręcz przeciwnie, mówi o tym i często wykorzystuje ten temat w swoich dziełach.


        Wyśnione miłości (Les Amours Imaginaires) przyniosły Xavierowi jeszcze więcej uznania. Swoim debiutem podniósł sobie poprzeczkę dość wysoko, więc oczekiwania co do jego drugiego filmu były naprawdę wysokie, ale na szczęście młody reżyser sprostał im bez problemu, pokazując, że zasługuje na określenie objawienie kina niezależnego.
        Co mnie osobiście zadziwia, Dolan ponownie musiał zapłacić za realizację filmu z własnej kieszeni. Mimo sukcesu jaki przyniosło mu Zabiłem moją matkę nie znalazł sponsora, który chciałby pomóc mu w stworzeniu kolejnej produkcji. Z jednej strony, może gdyby miał większy budżet, obraz wyglądałby inaczej, może lepiej, ale z drugiej, może to właśnie dzięki temu Xavier znowu zdołał pokazać w swoim filmie siebie.
        Film opowiada historię pary przyjaciół, Francisa i Marie, którzy zakochują się w tej samej osobie, Nicolasie. Oboje starają się skupić uwagę chłopaka tylko na sobie, jednak on zdaje się nie zauważać ich uczuć względem jego osoby. Dolan stworzył tym filmem piękny portret młodości i zauroczenia, Zachował ogromną wrażliwość w tej emocjonalnej opowieści o przyjaźni, miłości, rywalizacji, zdradzie i dojrzewaniu. Moim zdaniem nic nie jest tam przesadzone mimo karykaturalnego wręcz tła całego obrazu. Znowu stworzył świetny film, z bohaterami, z którymi utożsamia się teraz wielu młodych ludzi. Jednym zdaniem: Xavier Dolan znowu pokazał klasę.


        Na zawsze Laurence (Laurence Anyways) to trzeci i dużo mocniejszy w swojej tematyce obraz młodego reżysera. Film różni się od swoich poprzedników pod wieloma względami. przede wszystkim jest dojrzalszy, sporo dłuższy, a poza tym, Xavier tym razem zdecydował się nie obsadzać siebie w żadnej istotnej roli. Owszem, w tym filmie można zobaczyć go na ekranie, ale jest to tylko sekunda, może nawet mniej. Produkcja miała również większy budżet, co widać na pierwszy rzut oka. Mimo tego Xavier zachował charakterystyczny dla siebie sposób nagrywania, oraz sceny, bez których nie może się obejść żadna jego produkcja (czy ktoś zauważył jak ważne w jego filmach są filiżanki?), dlatego obejrzenie tego prawie 3 godzinnego filmu sprawiło mi tyle przyjemności. Szczerze powiedziawszy zakochałam się w tym filmie i naprawdę boli mnie fakt, że jest on tak niedoceniany.
        Kwestia poruszana w tej produkcji jest naprawdę trudna. Dotyka ona miłości, która w jednym momencie staje się wręcz niemożliwa. Związek 30 letniego nauczyciela o imieniu Laurence i jego dziewczyny Fred, który do tej pory mógł uchodzić za idealny doznaje kryzysu, kiedy Laurence oznajmia swojej dziewczynie, że urodziła się w złym ciele i teraz chciałaby w końcu być sobą, kobietą. Film ten pokazuje czym jest prawdziwa miłość, w której rządzi akceptacja. Pokazuje walkę z nietolerancją, ale przede wszystkim walkę o samego siebie i z samym sobą. Ja oglądając ten film czułam emocje, jakie chcieli przekazać mi aktorzy, co uznaję za wielki sukces tego filmu.
        Chciałabym jeszcze poruszyć kwestię plakatu, który wybrałam do tego posta. Według mnie nie ma lepszego ujęcia, które przedstawiałoby istotę tego filmu. Ja patrząc na plakat wodzę jak bardzo Laurence cierpiała w swoim ciele i jak bardzo pragnęła być sobą.
        Tą produkcją Xavier udowodnił, że to właśnie w jego reżyserstwie, a nie aktorstwie, tkwi klucz do jego sukcesu.


         Tom (Tom à la ferme) to zdecydowanie mój ulubiony film, jeśli chodzi o kino Dolana, ale nie tylko. Jeśli miałabym wymienić 10 moich ulubionych filmów, ten niewątpliwie znalazłby się w pierwszej piątce. Doskonale pamiętam, że kiedy wyszłam z kina po obejrzeniu tego filmu, cała się trzęsłam i właśnie tego wieczoru pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że Xavier Dolan może zasługiwać na Oscara. Nie byłam przygotowana na to co zobaczę, Spodziewałam się trudnego filmu, przecież doskonale znałam jego twórczość, ale ten obraz był dla mnie szokiem.
         Zaraz po światowej premierze tego filmu przeczytałam wiele recenzji i dziwiłam się, że ktoś w ogóle mógł wpaść na pomysł porównania Dolana do Hitchcocka, ale po obejrzeniu tej produkcji zgadzam się z tą opinią. Dolan stworzył idealny thriller psychologiczny oparty na syndromie sztokholmskim. Tom jest idealny pod względem reżyserii, scenariusza i aktorstwa. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym przyczepić się do żadnej sceny z tego filmu,  jak dla mnie jest po prostu perfekcyjny. Nie ma chwili, kiedy nie trzymałby w napięciu, a właśnie o to chodzi w thrillerach, czyż nie? Do tej pory na myśl o scenie w polu kukurydzy, czy o scenie tańca, czuję ten nieprzyjemny ścisk w żołądku, który czułam siedząc w kinowym fotelu.
         Opis na filmwebie mówi "Po śmierci kochanka chłopak wyjeżdża na wieś, by poznać jego rodzinę". Chyba nigdy nie czytałam gorszego, mimo, że jest w nim sporo prawdy, po tytułowy Tom, faktycznie przyjeżdża na wieś na pogrzeb swojego kochanka.Tylko, że opis ten sprawia, że film zdaje się być nic nie wartym dramatem, a tak nie jest, bo właśnie ta wieś, staje się dla tego chłopaka piekłem, z którego on nie chce uciekać. Ten film hipnotyzuje i sprawia, że kocha się go i nienawidzi jednocześnie. Zupełnie jak w przypadku syndromu sztokholmskiego.



         Mama (Mommy) o tym filmie zdecydowanie było głośno. Może trochę za głośno, bo mam wrażenie, że właśnie przez ten sukces Xavier troszeczkę obrósł w piórka, ale o tym za moment. Film teoretycznie opowiada o trudach wychowywania agresywnego dziecka, jednak żeby zrozumieć o co w nim naprawdę chodzi, trzeba go obejrzeć. Odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy byłam nim zachwycona i kiedy dowiedziałam się, że Kanada wystawia go jako swojego kandydata do Oscarów, czułam, że to dobra decyzja. Niestety Mama nie została nawet nominowana, ale to pokazało, że coraz większe grono ludzi uważa tak jak ja, że Dolan ma na tyle talentu, że być może kiedyś na jednej z jego półek pojawi się statuetka Oscara.
         Mama otrzymała 13 minutowe owacje na festiwalu filmowym w Cannes. 13 minut owacji na stojąco dla filmu wyreżyserowanego przez chłopaka mającego 25 lat. Z tego co wiem, te owacje były najdłuższymi w historii oficjalnych pokazów w Cannes i naprawdę nie potrafię określić ciepła jakie czuję kiedy przypomnę sobie o widoku łez szczęścia na twarzy Xaviera, kiedy wszyscy dookoła niego bili mu brawo. Zresztą sami zobaczcie. Dokonał tego sam. Sam stworzył sobie drogę i bez niczyjej pomocy znalazł się w tym miejscu swojej kariery. Oczy całego świata skupił się na tym młodym człowieku, którego kino przestało być tak niezależne. Mama to nie film dla wybranych, ludzi, którzy lubują się w niekomercyjnych filmach. To jest już film dla szerszego grona odbiorców. Oczywiście, to ogromny sukces dla reżysera, ściągnąć na siebie uwagę całego świata filmem, który miał być taki jak jego poprzednicy, jednak czy teraz Dolan nie zatraci siebie? Obawiam się, że może czuć presję i starać się przez to dostosować do oczekiwań innych niż wcześniej odbiorców. Boję się, że za wszelką cenę będzie chciał zachować swoją sławę i przez to stworzy coś, co już nie będzie miało w sobie tyle niego.
         
         Xavier Dolan jest nie tylko reżyserem filmowym. Sprawdził się również jako reżyser teledysków, a raczej połowicznie się sprawdził, bo patrząc na jego dorobek jestem zadowolona tylko z jednego na dwa, teledysku.


         College boy to drugi singiel promujący najnowszą płytę francuskiego zespołu Indochine pt. Black City Parade. Główną rolę w teledysku odkrywa Antoine Olivier-Pilon, który rok później zagrał główną rolę męską w Mamie. Teledysk dotyka ponadczasowego tematu dręczenia w szkole. Xavier porównał dręczonego chłopca do ukrzyżowanego Jezusa, co spotkało się ze skrajnymi reakcjami. Osobiście uważam, że to porównanie w tym kontekście wypada świetnie. Główny bohater reprezentuje tutaj wszystkich, którzy doświadczyli jakiejkolwiek przemocy w szkole, ale nie tylko. Chodzi tutaj o ogólny mobbing i prześladowanie. Wykorzystywanie inności, czy słabości innych, To działo się kiedyś i będzie się działo zawsze. Czasem odnoszę wrażenie, że jest to temat tabu. Poruszą się go tylko w skrajnych przypadkach, kiedy dochodzi do prawdziwej tragedii. Na co dzień mamy związane oczy, dokładnie tak jak pokazuje nam to Dolan w tym właśnie teledysku. Podziwiam Dolana, bo mimo, że zaserwował widzom mocny i otwarty przekaz, to jednak zachował swoją wrażliwość. Poza tym sama scena przy stole oddaje jego kunszt reżyserski. Znowu udowadnia, że warto go oglądać.



         Hello czyli pierwszy singiel promujący trzeci album Adele o tytule 25. Zna chyba każdy. Kiedy dowiedziałam się, że właśnie Xavier Dolan będzie reżyserował jej teledysk do tej właśnie piosenki, moją pierwszą myślą było sprzedał się. Po pierwsze dlatego, że nie znoszę Adele (tak, da się nie lubić Adele i ja jestem tego żywym przykładem), a po drugie... no błagam, wiem, że sukces Mamy otworzył przed nim wiele drzwi, ale żeby od razu brać się za taką komercję? Shame on you, Xavier. Jednak kiedy teledysk ujrzał w końcu światło dzienne postanowiłam schować urazę do kieszeni i włączyłam youtube. Nie musiałam długo szukać, miałam ten teledysk w polecanych. Jak szybko to włączyłam, tak szybko wyłączyłam, bo ten teledysk jest po prostu... nudny. Dotrwałam jednak do sceny z filiżanką, czyli wizytówki Xaviera.
         Kolejny raz spróbowałam to obejrzeć jakieś 2 tygodnie później, ponieważ akurat leciało w telewizji, kiedy odwiedzałam swoją przyjaciółkę. Znowu mi się nie spodobało, ale zrzuciłam to na fakt, że jestem uprzedzona i miałam wtedy lepsze rzeczy do roboty niż skupianie się na twórczości Adele. Dzisiaj jest moje trzecia próba. Mówią, że do trzech razy sztuka, ale w tym wypadku to nie zadziałało. Ten teledysk nadal mi się nie podoba i czuję się, sama nie wiem winna? Bo w końcu Xavier Dolan zdecydowanie znajduję się w malutkim gronie moich ulubionych reżyserów. Oczywiście, potrafię znaleźć plusy w tym teledysku. Niewątpliwie jest nim zastosowanie zabiegów, które krzyczą reżyserował to Xavier Dolan! takich jak nieruchoma kamera, czy użycie starego telefonu komórkowego zamiast najnowszego iPhone'a, ale to zadowala mnie tylko w małym stopniu. Bardzo małym. Powiedziałabym nawet, że minimalnym. Ale co się stało, to się nie odstanie. Ogólnie ludzie są zachwyceni, więc Xavier nie ma powodów do rozpaczy. Może przynajmniej zarobił tym na swoje dwa filmy, które właśnie realizuje (w tym pierwszy anglojęzyczny, co również budzi we mnie niemałe obawy). Taka ciekawostka: Dolan nadal nie uzyskał sponsorów.

         Chciałabym poruszyć tutaj jeszcze jedną i ostatnią (Wiem, jesteście już zmęczeni, ja zresztą też. Jest 01:28, a rano trzeba wstać i iść do szkoły) kwestię. Xavier gra nie tylko w swoich filmach. Mnie udało się zobaczyć jeden, a mianowicie Pieśń Słonia (Elephant Song) i to tylko dlatego, że zachęciła mnie do tego moja przyjaciółka. Kiedy zapoznałam się z opisem na filmwebie, znowu jakże ubogim, byłam pełna oczekiwań co do tego filmu. Kto by nie był, opis przecież zachęca, sami przeczytajcie: "Po zniknięciu kolegi psychiatra próbuje uzyskać informacje od jego pacjenta. Ten jednak wciąga go w specyficzną grę". Obejrzałam. Moja ocena? Słabe 7/10. Daję to 7, bo Xavier uratował ten film swoją grą aktorską na naprawdę wysokim poziomie. Jego bohaterowi nie brakowało niczego. Od szaleństwa w oczach, po sposób w jaki się poruszał. Nie jest łatwo zagrać człowieka chorego psychicznie, a Xavierowi niewątpliwie się to udało. Co tu dużo pisać, zagrał bardzo dobrze. Gorzej było z fabułą i grą aktorską mężczyzny grającego głównego bohatera. Fabuła? Przewidująca. Scenariusz? Niedopracowany. Główny bohater? Nijaki. Nie był to najlepszy film jaki widziałam, ale też nie był najgorszy. Pewnie kiedyś do niego wrócę ze względu na portret psychologiczny postaci granej przez Xaviera, ale na razie mi się do tego nie pali. Nie był to film, który sprawił, że nie potrafię przestać o nim myśleć i chyba to boli mnie najbardziej, bo po tym krótkim opisie i zwiastunie właśnie tego oczekiwałam.  

         Podsumowując: przeczytałam kiedyś, że kino niezależne można zdefiniować jednym nazwiskiem - Xavier Dolan, Na dzień dzisiejszy zgadzam się z tym stwierdzeniem i mam nadzieję, że kanadyjczyk zadba o to, aby nic w tej kwestii się nie zmieniło.

wtorek, 24 listopada 2015

We are cool band called The Neighbourhood

        Mówi się, że polak głodny, polak zły. Na mnie to nie działa. Przed chwilą zjadłam pyszny obiad, a następnie jeszcze lepsze ciasto, które popiłam całkiem niezłą kawą, a złość jakoś ze mnie nie zeszła. Co więcej, frustracja jaka zaczęła we mnie narastać odkąd pewien zespół ogłosił europejską trasę (nazwaną całkiem ambitnie, a mianowicie Underwatour) dzisiaj skumulowała się na tyle, że zdecydowałam się dać temu uczuciu jakieś ujście. Tak właśnie powstaje ten post.

(od lewej: Jesse, Brandon, Zach, Jeremy, Mikey)


        Zacznę może streszczeniem przebiegu kariery tego zespołu. Kiedy w 2011 roku chłopcy zdecydowali, że chcą tworzyć zespół grający muzykę, którą na siłę można podpiąć pod indie rock, ich skład wyglądał nieco inaczej niż na zdjęciu powyżej. Za perkusją, nie siedział Brandon, tylko Bryan. Tak więc Jesse, Zach, Mikey, Jeremy i Bryan założyli zespół o nazwie The Neighbourhood (brytyjska pisownia jest tutaj zastosowana, ponieważ pisownia amerykańska była już zajęta przez inny zespół). Na początku następnego roku opublikowali dwa single, Female Robbery i znane praktycznie wszystkim Sweater Weather, żeby następnie wypuścić dwa EP: I'm Sorry... oraz Thank You. Jednak to nie ich piosenki nadały tempa ich karierze. Kluczowym momentem było wykonanie coveru Say My Name/Cry Me A River w Radio 1 Live Lounge, w styczniu 2013 roku. W kwietniu tego samego roku wydali swój debiutancki album o tytule I Love You. W trakcie trasy promującej ten krążek, chłopcy zdążyli wydać jeszcze jedno EP nazwane The Love Collectiom, Bryan został zastąpiony Brandonem, a zespół zagrał w Polsce aż 3 koncerty. Po zakończeniu trwającej blisko 2 lata trasy koncertowej zespół wpuścił do sieci darmowy mixtape zatytułowany #000000&#FFFFFF, przedstawiający zupełnie inne niż do tej pory brzmienie zespołu, co spotkało się z wieloma sprzecznymi opiniami fanów. Jednak ten zabieg miał na celu nic więcej jak pozbycie się tego typu klimatów z ich nadchodzącego drugiego krążka - Wiped Out!, który ukazał się dość niedawno, 30 października dokładnie. 
        Ja zaczęłam słuchać The Neighbourhood zaraz po wydaniu przez nich pierwszego longplaya. Pamiętam, że pierwszą piosenką jaką usłyszałam było Let It Go, jednak to nie ona sprawiła, że zaczęłam słuchać ich muzyki z takim entuzjazmem. Piosenką, która wyrobiła mi opinię na temat tego zespołu niewątpliwie jest Afraid, bo właśnie przez nią zagłębiłam się w resztę ich twórczości i to właśnie ta piosenka udowodniła mi, że młodzi ludzie mogą używać swoich emocjonalnych doświadczeń w tak twórczy sposób. Kiedy jakoś na początku 2014 roku dowiedziałam się, że 16 maja zagrają koncert w Polsce byłam rozdarta,  ponieważ wiedziałam, że moje możliwości finansowe w tamtym okresie nie były w stanie zagwarantować mi obecności na koncercie w Warszawie, więc jakie było moje szczęście kiedy w drugiej połowie marca okazało się, że dadzą oni jeszcze jeden koncert, tym razem w Krakowie, a cena biletu to 35 zł. Nie mogłam sobie odmówić obecności na Czyżynaliach, szczególnie, że The Neighbourhood nie byli jedyną interesującą mnie pozycją, która widniała na line-upie tego wydarzenia.
        Jadąc na ten koncert ledwo wiedziałam jak wyglądają członkowie tego zespołu, o znajomości imion nie wspominając, ale ich występ kupił mnie na tyle, że po powrocie do domu zapragnęłam zmienić ten stan rzeczy. Przez pewien okres czasu twierdziłam nawet, całkiem szczerze, że to mój ulubiony zespół. Pięć miesięcy później zobaczyłam ich na kolejnym koncercie. Tym razem udało mi się dojechać do Warszawy.
        Do czego zmierzam... miałam twittera przez cały ten okres czasu. Obserwowałam zainteresowanie tym zespołem, które powoli rosło, odkąd pierwszy raz pojawili się w Polsce, aż do ogłoszenia trzech koncertów w marcu przyszłego roku. Kiedy jechałam na krakowski koncert prawie nikt z obserwowanych przeze mnie osób nie wykazywał jakiegoś szczególnego zainteresowania tym zespołem, kilka osób więcej wykazało je przy październikowym koncercie w Warszawie. Byłoby to całkowicie w porządku, w końcu nie byli jakoś szczególnie popularni. Jednak teraz, po wydaniu ich drugiego, oficjalnego albumu okazało się, że ogromna społeczność twittera słucha ich dłużej niż oni istnieją na rynku. Nie mam pojęcia jak to możliwe. Wszyscy stali się "prawdziwymi" fanami, którzy byli z tym zespołem od początku, a nie potrafią nawet porządnie przeanalizować rozwoju ich kariery. Czytając niektóre wypowiedzi mam wrażenie, że ludzie chcą udowodnić, że są lepszymi fanami wydłużając to od jak dawna ich słuchają. Nie potrafię znaleźć w tym sensu i na początku nawet mnie to śmieszyło, ale widząc kolejne wypowiedzi w stylu "czekałam 4 lata, żeby ich zobaczyć", albo tworzenie nowych skrótów ich nazwy, typu "tnbhd" czuję się zażenowana.
        Nie chciałabym, żeby moje słowa zostały źle odebrane. Ja naprawdę cieszę się z tego, że The NBHD ma coraz większą liczbę fanów, bo chłopcy zdecydowanie na to zasługują (w końcu po coś Jesse uczył się jak nie śpiewać przez nos, co nie) ale bądźmy tymi fanami w szczery i normalny sposób, a nie poprzez licytowanie się kto ich dłużej słucha, bądź kto ich dłużej wspiera. To nie powinno mieć żadnego wpływu na odbiór ich muzyki. Cieszycie się z koncertu? Świetnie, też się cieszę, że chłopakom podobało się tutaj na tyle, że chcą zagrać aż trzy kolejne koncerty. Jednak naprawdę nie róbcie z siebie "tru fanów", bo to cholernie irytujące. Nie tylko w ich przypadku, ale w przypadku każdego artysty.

poniedziałek, 28 września 2015

"Stuff only looks good up close."

I am haunted by the vivid memories of killings and corpses and anger and pain... of starving or wounded children, of trigger-happy madmen, often police, of killer executioners... ~ Kevin Carter

          Kiedy byłam młodsza, często oglądałam stare magazyny, które moi rodzice nabywali, kiedy ich zawartość przykuwała ich uwagę. Pamiętam, że moimi ulubionymi zawsze były te z National Geographic, pewnie ze względu na zwierzęta, ponieważ moim wielkim marzeniem było zostać weterynarzem (trochę się jednak od tego czasu zmieniło...). W jednym z numerów tego właśnie miesięcznika zobaczyłam wzmiankę o Nagrodzie Pulitzera (dla niewtajemniczonych: jest to amerykańska nagroda przyznawana corocznie za wybitne dokonania w dziennikarstwie, muzyce oraz literaturze). Postanowiłam znaleźć trochę informacji na temat tej nagrody i tak za pomocą google dotarłam do artykułu, w którym przedstawione były nagrodzone Pulitzerem zdjęcia. Niektóre z nich były dla mnie szokujące, zresztą do tej pory są. Dla wielu z nich poświęciłam naprawdę dużo czasu, jednak najwięcej uwagi skupiłam na jednym, może dlatego, że już je znałam, sama nie wiem... w każdym razie to zdjęcie spowodowało, że spędziłam przy komputerze jeszcze więcej czasu. 

The Budgie Picture taken by Kevin Carter

          Chyba każdy z nas przynajmniej raz natknął się na to zdjęcie. Zdjęcie, które w momencie stało się symbolem głodu panującego w wielu miejscach na świecie, śmierci, jaką ponoszą małe, niewinne dzieci. Symbolem smutku i niemocy. Właśnie to ujęcie jest również jednym z motywów samobójstwa młodego, niewiarygodnie uzdolnionego fotoreportera - Kevina Cartera. Przeczytałam o nim wtedy kilka artykułów, obejrzałam wiele jego zdjęć, jednak byłam tylko dzieckiem i chwilę później straciłam zainteresowanie jego osobą. Dopiero niedawno, zupełnie przez przypadek natknęłam się na jego nazwisko. Przeglądałam filmweba w poszukiwaniu dobrego filmu i wśród opisów wielu filmów, pojawiła się właśnie jego postać. The Bang Bang Club bo taki jest tytuł filmu, opowiada historię czwórki fotoreporterów - Grega Marinovicha, João Silvy, Kena Oosterbroeka oraz właśnie Kevina Cartera, którzy razem tworzyli Bractwo Bang Bang (nazwa ta pochodzi z jednej z lokalnych gazet) i wspólnie fotografowali wydarzenia towarzyszące upadkowi apartheidu, każdego dnia rywalizując między sobą o najlepsze zdjęcie. Film oparty jest na autobiograficznej powieści napisanej przez Grega oraz João, o tym samym tytule i w szczery, często również brutalny sposób pokazuje jak wyglądała ta wojna. Zdjęcia mężczyzn zostały odtworzone w na ekranie w naprawdę dobry sposób, a sama ich historia buduje niezwykłą, i co najważniejsze, ciekawą fabułę. Ta ekranizacja jednak nie skupia się tylko na zdjęciach, czy obrazie przedstawionej w niej wojny, ale również na tym jak niszczący potrafi być zawód fotoreportera. Na własnym przykładzie wiem, że kiedy przeglądam gazety i widzę zdjęcia z krajów, w których toczy się aktualnie wojna, rozmyślam o tym przez chwilę, ale nie poświęcam temu zbyt wiele uwagi. Otaczają mnie inne sprawy, czy problemy, z którymi muszę się zmagać każdego dnia. Jednak dla ludzi, którzy robią te zdjęcia wojna i obraz ludzkiej śmierci i rozpaczy jest codziennością. To przestaje dotyczyć tylko stron zaangażowanych w starcie wojenne. To dopada również obserwatorów, którzy są na miejscu, i których zadaniem jest przekazanie tego co się tam dzieje dalej. Idealnym obrazem tego co przeżywają ci ludzie jest inne nagrodzone Pulitzerem zdjęcie ukazane w tym filmie. Tym razem jest to ujęcie wykonane przez Grega Marinovicha.

Lindsaye Tshabalala’s Fiery Death taken by Greg Marinovich

          Człowiek, którego śmierć została przedstawiona na zdjęciu, został zabity za to, że ktoś posądził go o bycie szpiegiem. Jego oprawcy nie mieli pewności co do jego winy, jednak wojna wpłynęła na nich tak mocno, że nie wahali się przed zamordowaniem go z niewiarygodną wręcz brutalnością. The Bang Bang Club pokazuje jak ciężkim brzemieniem okazało się dla Grega zrobienie właśnie tego zdjęcia. Czy międzynarodowa sława i uznanie mogą zrekompensować takie przeżycia? Ten film odpowiada na to pytanie. W przypadku każdego z tej czwórki młodych ludzi.
          Ich historia pokazuje również jak niesprawiedliwy osąd może zniszczyć człowieka. Tego przykładem jest sytuacja w jakiej znalazł się Kevin, właśnie przez zrobienie zdjęcia, którym na stałe zapisał się w historii. Zdjęcie dziewczynki odpoczywającej w trakcie wędrówki po pożywienie i sępa, który wylądował tuż za nią, zrobione w Sudanie w 1993 roku, zaraz po opublikowaniu go na okładce New York Timesa spotkało się z natychmiastowym odzewem ze strony całego świata. Obraz przedstawiony na tym zdjęciu poruszył praktycznie wszystkich ludzi odznaczających się chociaż minimalną wrażliwością. Zaczęli interesować się pogłębiającą się klęską głodu w Sudanie. Szukali winnych i właśnie ta rola spadła na autora zdjęcia, które wywołało całą tę burzę. Zaczęli interesować się losem dziewczynki, a Kevin nie potrafił odpowiadać na ich pytania. Psychicznie wyniszczony obrazami wojny i uzależnieniem od narkotyków mężczyzna nie potrafił się bronić przed słowami ludzi, którzy, kiedy nie usłyszeli odpowiedzi, jaką chcieli, zrzucili na niego całą winę. Nie obchodziły ich wytyczne, jakie dostawał każdy człowiek, który wjeżdżał do Sudanu, aby zmniejszyć ryzyko rozprzestrzeniania się chorób. Widzieli tylko człowieka, który nie pomógł dziecku, mimo tego, że teoretycznie mógł. Jednak, czy ludzie, którzy spędzili całe życie w wygodzie i bezpieczeństwie mieli prawo go tak surowo oceniać? Myślę, że nie i między innymi to właśnie oni ponoszą winę za jego śmierć. Oczywiście nie tylko to zdjęcie było powodem jego samobójstwa. Nałożyło się na to wiele czynników, takich jak śmierć jednego z jego przyjaciół, brak środków finansowych, czy chociażby jego uzależnienie, jednak niewątpliwie ten osąd był jedną z przyczyn.
          Nie ukrywam, że to właśnie postać Kevina Cartera była dla mnie najważniejsza i najtragiczniejsza w tym filmie. Dla niego obejrzałam tę ekranizację i jego historia najlepiej zapisała się w mojej pamięci. Kevin stał się dla mnie symbolem niesprawiedliwej oceny. Właśnie przez niego teraz zastanawiam się dwa razy dłużej zanim skomentuję czyjeś poczynania i za każdym razem kiedy widzę czyjąś twardą opinię na dany temat, nawet jeśli temu komuś ufam, staram się zapoznać ze wszystkimi możliwościami, zanim ślepo podążę za jego słowami. Zresztą, według mnie ocenianie kogokolwiek zawsze będzie niesprawiedliwe, ponieważ często sami nie wiemy jak tak naprawdę zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Szczególnie jeśli dotyczyłaby ona życia innej osoby. 

***

Podziwiam każdego, kto dotarł do końca tego postu, o ile taki ktoś w ogóle się znajdzie. To miała być zwykła recenzja filmu, jednak tak niezwykły obraz zasługuje na coś więcej niż "film był dobry". W każdym razie, jeśli ktoś poświęci swój cenny czas na zapoznanie się z moim wywodem, dziękuję. 

czwartek, 2 lipca 2015

Pierogowo

     Dawno mnie nie było, no cóż, oglądałam seriale, grałam w gry, słuchałam nowej muzyki i ogólnie rozwijałam moje wnętrze. Potrzebowałam nowości, więc postanowiłam udać się na uroczy, częstochowski festiwal zwany Frytka OFF. Tam właśnie poznałam bliżej twórczość młodego zespołu z Zabrza, czyli The Dumplings. Nigdy jakoś nie byłam do nich przekonana ze względu na damski wokal, który z reguły nie robi na mnie wrażenia (Lorde i Lady Gaga to wyjątki). No, ale cóż, stało się. Zauroczyli mnie swoją muzyką i zaraz po koncercie zaczęłam szukać o nich jakichś informacji i studyjnych wersji piosenek, które słyszałam. Okazało się, że ich muzyka jest dokładnie tym czego mi brakowało. Liryczne teksty, cudowna elektroniczna muzyka odświeżyły mój gust.
    Ich album 'No Bad Days' jest, w mojej ocenie, idealny do słuchania nocą. Właśnie wtedy najlepiej jest wsłuchać się w muzykę i odkryć coś, na czym nie jesteśmy w stanie skupić się za dnia, a jeżeli chodzi o ten zespół, to ma on wiele do pokazania. Weźmy chociażby ich piosenkę "Nie słucham". Nie wiem co urzeka mnie bardziej, muzyka, tekst, czy głos wokalistki. Może wszystko, ponieważ pojedyncze elementy idealnie zlewają się w całość. Mogłabym skupić się na każdej piosence z tej płyty i znalazłabym dziesiątki argumentów, przez które mają one dla mnie znaczenie, ale skupię się na mojej ulubionej, czyli 'Gelatine'. Tekst tej piosenki jest czystą poezją, pełną metafor, które mnie osobiście kupują w całości. Do tego idealna, emocjonująca muzyka i piękny wokal. Chciałabym opisać to co czuję, ale jakoś mi to nie wychodzi, zacytuję więc kawałek tekstu, który to wyrazi 'I don't know how explain, it seems to be clear'. Polecam przesłuchać, sami zrozumiecie. Także, ten... czego chcieć więcej? Ja osobiście nie pogardziłabym kolejnym koncertem.
     Od siebie mogę dodać, że jeśli będziecie mieli szansę zobaczyć tę dwójkę na żywo, nie wahajcie się ani przez minutę, bo naprawdę warto. Sama chciałabym mieć tyle talentu ile oni.

sobota, 13 czerwca 2015

"Szelest", czyli polska etiuda.

         "Szelest" to polski film krótkometrażowy, w reżyserii Leszka Korusiewicza, który już od pierwszej minuty powalił mnie na kolana swoją muzyką. Jednak może zacznę od krótkiego streszczenia (nie wińcie mnie za jego niezbyt ogarniętą treść, ale to nie jest moja mocna strona).
     Dość młode, znudzone sobą i średnio zgrane małżeństwo, Basia (Agnieszka Warchulska) i Andrzej (Andrzej Konopka), spędza urlop w domku na odludziu. Pewnego dnia w domku pojawia się dwójka młodych, obcych ludzi, Maja (Maria Dejmek) i Borys (Mateusz Kościukiewicz) którzy w wyniku splotu wydarzeń zostają w domku na noc, co kończy się w tragiczny sposób.
     Treść wydaje się dość prosta, ale wcale taka nie jest. Mimo tego, że "Szelest" ma tylko 20 minut długości, aktorzy zdążyli nadać swoją postaciom charaktery, a reżyser wprowadzić doskonałe, budzące napięcie ujęcia. Bohaterowie tego filmu wcale nie są tacy, jacy wydają się na pierwszy rzut oka, a jego zakończenie każe nam domyślać się, co tak naprawdę się wydarzyło i ja osobiście mam wiele domysłów. Swoją drogą bardzo ciekawy pomysł, sprawienie, że odbiorca musi sam zinterpretować zakończenie sprawia, że więcej myśli na temat filmu, przez co zostaje on w jego głowie. Przynajmniej w mojej został.
     Wracając do muzyki... jest ona idealnie wpasowana w kontekst filmu. Jest intrygująca, budzi napięcie i co najważniejsze, jest zastosowana w dobrym momencie, a nie byle jak, ale żeby tylko była muzyka. Do tej pory kiedy pomyślę o tym filmie słyszę ją w głowie, co uważam za duży jej sukces.
     Drugi ważny aspekt, to obsada, dla której tak właściwie obejrzałam ten film. Głównym powodem był występ Mateusza Kościukiewicza, który moim zdaniem jest jednym z lepszych, młodych aktorów, mimo tego, że jest przez wielu niezrozumiany. Z każdym filmem, w którym go widzę coraz bardziej upewnia mnie w tym przekonaniu i pewnie wiele filmów z nim w obsadzie się tutaj pojawi. Jednak muszę przyznać, że Agnieszka Warchulska również zrobiła na mnie duże wrażenie. Jej postać jest dość mocno wyrażona, dzięki czemu utkwiła mi w pamięci. Szczerze powiedziawszy to najmniej przypadła mi do gustu gra Marii Dejmek, ale nie była też zła. Po prostu jakoś... oczekiwałam po niej więcej. Miała ogromne możliwości i mogła nadać tej postaci większej wyrazistości.
     Warto również zwrócić uwagę na piękne zdjęcia, które dodają "Szelestowi" bardzo wiele uroku. Już sama scena, w której Borys zabija pająka zasługuje na uznanie. Jest nagrana w świetnym świetle i ucięta w dobrym momencie. Właśnie za takie zdjęcia cenię polskie kino.
     Osobiście uważam, że jest to etiuda godna uwagi. Mimo prostej fabuły jest dość intrygująca i co najważniejsze, spełnia zadanie jakim jest rozbudzenie w widzu napięcia. Film jest pracą dyplomową Leszka Korusiewicza i śmiało stwierdzam, że zrobił kawał dobrej roboty.

środa, 10 czerwca 2015

Patrick, not Patryk.

     Myślę, że dla kogoś, kto ostatnio czytał choć trochę moich tweetów, to oczywiste, że pierwszy post poświęcę Piotrkowi Madejowi szerzej znanemu jako Patrick The Pan, czyli człowiekowi, którego zauważyłam już ponad rok temu, jednak na skutek mojej ignorancji zapomniałam o nim i dopiero niedawno odkryłam go na nowo. Przypomniał mi o nim nie kto inny jak Dawid Podsiadło, który udostępnił jeden z utworów, w którego tworzeniu brał udział. Dawid, to człowiek, którego pracę traktuję jako prawdziwą sztukę, więc nie musiałam się długo zastanawiać nad przesłuchaniem 'Niedopowieści'. Najpierw zwróciłam uwagę na bardzo ciekawy sposób kolaboracji, czyli brak tego najczęstszego podziału //ja wezmę pierwszą zwrotkę, ty bierz drugą, a refren na zmianę//. Głosy Piotrka i Dawida zgrały się ze sobą idealnie i słuchając tego pierwszy raz byłam naprawdę oniemiała. Słuchając tego kolejny raz, skupiłam się na muzyce i moje serce zabiło mocniej. Nie mogłam tego tak zostawić, więc postanowiłam poszukać innej twórczości Piotrka. Przesłuchałam jego pierwszy album - 'Something of an End' i zaiskrzyło. Byłam oniemiała, nie dość, że ten album przekazał mi cały bukiet przeróżnych, często skrajnych emocji, to w dodatku całkowicie przywrócił mi wiarę w dobrą, polską muzykę. Już po kilku przesłuchaniach uzależniłam się od jego przyjemnego wokalu, który, jak to się rzadko zdarza, nie jest przekoloryzowany w ani jednej sekundzie którejkolwiek piosenki. Do tego dochodzi muzyka, która nawet po setnym przesłuchaniu budzi we mnie te same emocje, co przy pierwszym. Jego muzyka opowiada historie, które nie są denne i naciągane, a żeby się o tym przekonać wystarczy przesłuchać chociażby jego singiel 'Bubbles', czyli utwór opowiadający tragiczną historię psa, którego właściciel utopił albo 'The Moon and The Crane', której tekst jest naprawdę dosłowny.
     Jako, że zagłębiłam się w jego twórczość jeszcze przed premierą jego drugiego albumu, czyli '...niczym jak liśćmi', nie ominęło mnie oczekiwanie. Zdecydowanie dużo myślałam o tej płycie. Bałam się, że będę mogła poczuć się zawiedziona, w końcu wielu artystów ulega syndromowi drugiej płyty, jednak jego na szczęście to nie spotkało. Drugi album okazał się być tak samo dobry, jak pierwszy, chociaż jednocześnie zupełnie inny. Pojawiło się tutaj wiele więcej utworów w naszym rodzimym języku i o dziwo, wcale nie ujmuje to im poziomu. Polskie teksty Piotrka są dalej tak samo intrygujące i liryczne, jak te w języku angielskim, za co należy mu się ogromny szacunek, ponieważ nasz język wcale nie jest plastyczny i melodyjny. Może to wina muzyków, którzy nie potrafią go w pełni wykorzystać, sama nie wiem... w końcu artyści tacy jak Piotrek z jego piękną i prawdziwą piosenką 'Pikselove' pokazują, że można używać naszego języka w piękny sposób. 'Pikselove' było drugim utworem z tej płyty, który przesłuchałam, ze względu na tytuł który mnie zaciekawił. Od razu poczułam klimat tej piosenki, w końcu większość mojego życia odbywa się w Internecie. Piotrek w niesamowicie trafny sposób pokazał, jak bardzo Internet nas zjada. Jak wiele tracimy nie szukając innych rozwiązań, a zamiast tego spędzając cały dzień w siedząc przy laptopie czy komputerze. Faktycznie schniemy, mimo, że większość nas nie zwraca na to uwagi.
     Kolejnym krokiem w moim poznawaniu jego twórczości było przesłuchanie '...niczym jak liśćmi' w całości. Intro, czyli 'Zdejmij. Wyłącz. Zobacz.' już przy pierwszych dźwiękach spowodowało, że zatrzymałam się na środku chodnika, wśród spieszących się gdzieś ludzi wokół mnie i całkowicie utonęłam w dźwiękach. Kolejny raz poczułam to coś przelewające się z jego muzyki wprost do moich żył. Poczułam wręcz wstyd, że zastanawiałam się nad tym, czy podoła. Do tej pory go czuję. Później przyszły utwory takie jak '#idiots', czy 'Lewiwa' i byłam już pewna, że w moim życiu pojawił się kolejny prawdziwy artysta, który nie zawiedzie mnie swoją pracą. Teraz pozostaje mi tylko czekać na jakiś koncert niedaleko miejscowości w jakiej mieszkam, abym mogła usłyszeć tę piękną i ważną dla mnie muzykę na żywo, a następnie powiedzieć Piotrkowi, że zrobił kawał dobrej roboty.

Mam nadzieję, że nie usnęliście, a wręcz przeciwnie, dotrwaliście do końca. Jeśli tak, to ogromne dzięki i dajcie znać w komentarzach, czy Wam też podoba się jego muzyka, albo chociaż to jak piszę... idk, po prostu dajcie znać ♥

Co, dlaczego, gdzie i kiedy?

     Postanowiłam założyć tego bloga, ponieważ posiadam nieodpartą chęć na dzielenie się tym co kocham. Muzyką, którą poznaję, filmami, książkami, serialami, czy choćby grami. Zdecydowanie za często poznaję coś, co zmienia moje postrzeganie otaczającego mnie świata i odwraca moją estetyczną część duszy o 180 stopni. Jeszcze kilka lat temu byłam dzieciakiem, który nie wiedział co to kino niezależne, dlaczego kupowanie płyt jest takie ważne i ogólnie jak działa przemysł artystyczny. Od tego czasu trochę się zmieniło. Dojrzałam do niektórych rzeczy, wyrobiłam sobie gust i w pewien sposób znalazłam sens tego wszystkiego. Teraz niesamowitą radość sprawia mi mówienie o wszystkim, co cokolwiek wnosi do mojego życia, choćby to było 30 sekund jakiegoś utworu, który wygrzebałam z otchłani youtube'a albo niezależny film krótkometrażowy, który obejrzałam przez czysty przypadek. Chcę o tym mówić, bo to co jest dla mnie piękne, może okazać się takie samo dla kogoś innego, a o pięknych rzeczach należy mówić, bo bez nich życie stałoby się o stokroć cięższe. Większość nas jest estetami i zdecydowanie powinniśmy dzielić się tym, co mile nas zaskakuje, czy sprawia, że ponownie zaczynamy wierzyć w rozkwitającą kulturę.
     Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i będziecie chcieli przeczytać moje wywody na tematy przeróżne. Większość z nich będzie prawdopodobnie tyczyła się muzyki, która jest nieodłączną częścią mojego życia i mówiąc, że jest moim tlenem, wcale nie przesadzam. Swoją drogą muzyka jest trochę jak powietrze, albo
wi-fi w Stanach, jest wszędzie. Może właśnie to jest w niej najpiękniejsze...
     Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne to nie mam na razie pojęcia jak to będzie wyglądało. Planuję pisać tutaj za każdym razem kiedy spotka mnie coś o czym warto mówić. Może to być raz w tygodniu, może częściej, może rzadziej... nie wiem, muszę przecież jeszcze udawać, że mam jakieś życie poza internetem, ale to wszystko się jeszcze okaże.

Jeśli dotrwaliście do końca, to ogromne dzięki, uwielbiam Was ~buddha